poniedziałek, 7 sierpnia 2017

#16




Oto nadeszła chwila, która miała nigdy nie nadejść. A jednak życie lubi zaskakiwać, a ja, no cóż, nie jestem nieomylny. Dlatego muszę to powiedzieć tu i teraz, szybko i niewyraźne, przyznać się do tej jednej wady, a potem jak najszybciej wszyscy o tym zapomnimy i znowu będę cudowny i najlepszy.
Otóż, co tu dużo mówić, nie umiem pisać rymem.
I już. Poszło. Ale jakoś nadal ciężko mi na żołądku, ręce drżą, a ze wstydu wręcz nie mogę złapać oddechu. Pierwszy raz w życiu musiałem przyznać, że nie potrafię czegoś zrobić, to nie jest fajne uczucie. Czuję się jak najgorszy frajer. Pewnie tak właśnie wygląda całe życie Wanka. Nie zazdroszczę.
No doprawdy dziwnie nie być w czymś najlepszym.
To znaczy... Owszem, nigdy nie byłem wybitny w niemieckim, ale wypracowania pisałem nienajgorsze i nawet od czasu do czasu moja Lehrerin chwaliła mnie przed klasą za jakąś błyskotliwą myśl. Już wtedy można było dostrzec przebłyski mojego geniuszu, pierwsze fundamenty nurtu, który kiedyś miał zmienić świat. Nie skłamię, jeśli powiem, że jestem na dobrej drodze, by to osiągnąć. W końcu ostatnio udało mi się porwać tłum i zdobyć pierwszych wyznawców mojej nowej religii. A nie dokonałem tego wyłącznie dzięki swojej nieskazitelnej podstawie etycznej, ale przede wszystkim dzięki słowom - wiedziałem, co powiedzieć, by poruszyć usyfione androidowymi emotkami dusze. Wtedy umiałem zmusić ludzi do myślenia, poszerzyć ich horyzonty, powiedzieć im, czego brakuje w ich życiu.
Jednakże sianie propagandy to nie do końca to samo, co pisanie hymnów.
Westchnąłem przeciągle, po czym jeszcze raz przesunąłem wzrokiem po kilku wersach krzywo napisanych na odwrocie listy startowej. No nie, tak nie może być. Co to za hymn bez rymów, bez rytmu? Może i te słowa są najprawdziwszą prawdą, ale nie są efektownie zapakowane. To zupełnie tak, jakbym pozbył się swoich charakterystycznych brwi i bujnej czupryny - niby w środku wciąż byłby tym samym Richie'm, ale jednak już nikt nie zwracałby na mnie uwagi, co więcej - straciłbym szacunek na dzielni.
W zamyśleniu przygryzłem ołówek, w kółko czytając swoje wypociny.
XD, które jesteś celem życia. XD, które pomagasz przetrwać w chwilach, gdy mam ochotę zamordować Wanka za noszenie moich majtasów. XD, które jesteś stanem umysłu.
O Richardzie Freitagu, papieżu nasz, XD-uj się za nami.
Do brwi Freitaga wznosimy wykrzywione w XD mordy.
Delikatnie mówiąc, drugim Goethem to nie zostanę.
Chyba muszę w końcu zaakceptować fakt, że nawet ja nie jestem idealny, przełknąć dumę i poprosić o pomoc. A raczej wyciągnąć asa z ręka. Andreas Wellinger bowiem zna się na tych sprawach. Lubuje się w literaturze, co już taszczy pod pachą opasłą księgę, czasem pisuje wiersze w swym różowym pamiętniczku, swobodnie mówi dziwną staroniemczyzną. Dla niego to bułka z masłem.
Zresztą to, że wymyśliłem ten nurt, nie znaczy, że muszę robić wszystkiego sam. Przecież od czegoś muszą być ci wierni. Nie mogę się przepracowywać. Na co komu zmęczony władca? Muszę oszczędzać swe szare komórki, albowiem zostały stworzone do obmyślania rzeczy większych niż jakiś hymn.
Tak, zdecydowanie zlecę to Wellindze. Pewnie młody się ucieszy, w końcu ktoś doceni jego dryg do poezji. A ja dostanę piękny, rymujący się hymn. Jak to mówią, win-win.
Wybornie!
- Bo ci się mózg zaraz przegrzeje. - Zaśmiał się Severin, siadając obok mnie i zaglądając mi przez ramię. - Co tam piszesz? Zaklęcie, by uciszyć wiatr?
- Coś w tym rodzaju. - Mruknąłem.
Brwi Seva podniosły się.
- Czy to litania do XD?
Doceniam, że próbował zamaskować kpinę w głosie, naprawdę. Jednakże i tak ją usłyszałem.
- No wiesz, nudzi mi się. Trzeba czymś zająć sobie czas, póki nie odwołają tych kwalek.
- Powiem ci, że to nie brzmi dobrze. - Cmoknął Sev, zabierając mi kartkę i uważniej czytając moją twórczość. - Dałbyś to Wellindze do poprawy czy coś. Kiepski z ciebie poeta.
- No co ty nie powiesz. - Przewróciłem oczami. - Uwierz mi, czasami stać mnie na odrobinę samokrytyki.
- No coś podobnego! - Parsknął Freund, szczerząc swe wielkie zęby w wesołym uśmiechu. - Zajmiemy się tym po kwalkach. Gdybyśmy teraz o tym powiedzieli Wellindze, pewnie by dzisiaj nie wystartował.
Spojrzałem na Severina z niedowierzaniem, a moje twarde serce zostało poruszone przez coś podobnego do wzruszenia. O słodkie XD, czy to dzieje się naprawdę?
- Czy ty... chcesz mi pomóc w tworzeniu XDeizmu?
Blondyn zaśmiał się donośnie, klepiąc mnie w ramię.
- Od czegoś ma się przyjaciół, prawda?
Uniosłem zdziwiony brwi, nie wiedząc, czy przypadkiem się nie przesłyszałem. Ten dzień zaczął się tak układać, że przez chwilę widziałem siebie jak zwycięzcę kwalek, mistrza świata w lotach i króla globu.
- Nie dość, że nie śmiejesz się z XDeizmu i chcesz pomóc mi przy hymnie to jeszcze publicznie przyznajesz, że jesteśmy przyjaciółmi. Czy Gwiazdka przyszła w tym roku wcześniej?
Sev wzruszył ramionami z miną niewiniątka.
- Jestem przyjacielem wszystkich, zapomniałeś?
- Ale nie Petera Prevca, badum tss. - Zripostowałem, przypominając sobie o zachwianiu emocjonalnym, jakie ostatnio dotknęła Freunda przez ów słoweńskiego skoczka. Cóż, wtedy nie był taki przyjacielski.
- Twoim już też nie. - Blondyn pokazał mi język, po czym wstał z krzesła i udał się w kierunku stolika zastawionego wodą i przekąskami.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Miło, że wszystko wreszcie zaczęło się układać.

XDXDXD

Jednak wszystko nie szło tak gładko, jak wcześniej myślałem. Po kwalifikacjach, w których osiągnąłem oszałamiająco odległość 197 metrów, marzenie o byciu mistrzem w lotach trochę się ode mnie oddaliło. Aczkolwiek mając na uwadze, że: a) Wellinga skoczył zaledwie 166 metrów; b) kwalifikacje wygrał Fannemel - człowiek niewiele niższy ode mnie, wciąż miałem nadzieje, że w konkursie indywidualnym wszystko się jeszcze odmieni, a ja będę mógł się śmiać ostatni. Nieważne. Teraz najważniejsze jest znalezienie Wellingi i wynegocjowanie, by napisał dla mnie hymn.
Jezusku, to będzie bułka z masłem.
- Uważaj, jak chodzisz. - Fuknął na mnie damski głos. - Och. Mogłam się domyślić, że to ty.
Poprawiłem opaskę, która opadła mi nieco na oczy, i spojrzałem na osobę, którą przez przypadek uderzyłem swoimi nartami. Ines aus Österreich. Jakie to szczęście lubi być zmienne.
Uśmiechnąłem się do kobiety nonszalancko, chwilowo zapominając, że nie powinien uśmiechać się do niej w ten sposób. O rety, jak ona na mnie działała, to ja nawet nie-.
Chyba wpadłem jak śliwka w kompot.
Scheisse.
- Cześć, Ines. Co tam?
Brunetka przewróciła oczyma.
- Czy po każdym spotkaniu z tobą muszę być kontuzjowana? - Burknęła, rozcierając prawy bark. - Jesteś niebezpieczny dla otoczenia.
Zmrużyłem filuternie oczy, śmiejąc się w głos. Przydałoby się jej czymś zaimponować, tylko czym? Raczej nie moimi kwalifikacjami ani nikłą umiejętnością rymowania. No myśl, toporny umyśle, jak poderwać cudowną dziewczynę?
Cóż, recepcjonistka z hotelu całkowicie zmiękła, gdy Wellinga wyrecytował jej Szekspira.
I to jest myśl!
- Ines. - Zacząłem, przeciągając głoski w jej imieniu. - Ta kurtka świetnie na tobie leży, ale jeszcze lepiej wyglądałaby na podłodze w mojej sypialni.
Zaraz...
To raczej nie był Szekspir.
...
O KURWA.
Ines z oburzeniem otworzyła szerzej oczy, a jej usta to otwierały, to zamykały się. Wyglądała tak, jakby brakowało jej słów, choć przy każdym spotkaniu z nią odnosiłem wrażenie, że zawsze wiedziała, co powiedzieć.
- Przepraszam, nie to chciałem powiedzieć. - Wyrzuciłem z siebie nerwowo, czując jak jej spojrzenie ciska we mnie piorunami.
Byłem w poważnych tarapatach.
Teraz to już na pewno nie zechce być moją dziewczyną. Nie żebym chciał się z nią wiązać. Przecież była Austriaczką.
Cholernie atrakcyjną Austriaczką.
Ale wciąż Austriaczką.
- Błagam, powiedz, że się przesłyszałam. - Westchnęła głęboko, przyciskając dłonie do skroni. Chyba próbowała się powstrzymać od urwania mi co nieco. - Jezu, dlaczego sportowcy zawsze okazują się takimi tępymi strzałami, którzy myślą, że żadna laska się im nie oprze?
- Hej, ja taki nie jestem! - Zaoponowałem, krzywiąc się z odrazą. Naprawdę nie jestem sportowcem tego typu. Nie zaciągam fanek do łóżka, nie odpisuję im na Twitterze ani nie ma mnie na Tinderze. Niech, na litość wernerowską, nie wrzuca mnie do jednego worka razem z Norwegami!
- Naprawdę? - Brwi Ines powędrowały do góry, a jej głos aż ociekał kpiną. - I stąd ten tekst, tak? Bo chyba czegoś nie rozumiem, co? Myślę, że moje pierwsze wrażenie o tobie było całkowicie słuszne.
- Wcale nie chciałem cię wtedy przelecieć. - Powiedziałem z desperacją, jednakże żadne moje słowa nie docierały do brunetki.
- Ale przed chwilą tak. Boże, Freitag, jesteś takim burakiem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chciałem, by wiedziała, że jestem inny niż myśli, że jestem porządny, że nie jestem taki jak pozostali sportowcy. Ale nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wszystko przepadło. Ona mnie nienawidzi. I choć jest to dobre i bezpieczne, wcale nie czułem się z tym fajnie. Wręcz przeciwnie. Z każdą kolejną sekundą panika coraz bardziej mnie ogarniała, a grunt osuwał mi się spod nóg.
Warum?
- Ines, alles in Ordung? - Gdzieś obok nas zagrzmiał głos Fettnera.
Austriaczka uśmiechnęła się w jego kierunku.
- Jasne. Po prostu ten koleś miał jakiś problem, ale wszystko już sobie wyjaśniliśmy.
Ten koleś???
Czyli jestem dla niej tylko "tym kolesiem", tak?
No jasne, że tak. A czegoś się spodziewał?
Ines podeszła do Fettnera. Manuel posłał mi jeszcze groźne spojrzenie, po czym razem z asystentką swojego trenera odszedł w kierunku busa.
O XD, jakim ja jestem kretynem!
I czy naprawdę wystarczyła tylko jedna, pff, Austriaczka, bym poczuł się tak parszywie? Przecież przed chwilą cały świat był mój, a teraz...? Teraz zostałem zerem, kompletnym przegrywem, samcem, dla którego najbardziej ambitnym celem jest przelecienie dobrej laski.
Czy ja naprawdę taki jestem?
Nie! No pewnie, że nie! Przyświecają mi lepsze idee. Chcę zmienić świat, chcę by był lepszym miejscem. Chcę dać ludziom nadzieję!
I dlatego muszę wyrzucić z myśli jakąśtam kobietą, a zająć się swoim nurtem. Skupić się na tym, co istotne. Tak, to jest dobry plan.
Ponownie zarzuciłem narty na ramię, uważając, by zaś kogoś nimi nie uderzyć. Obrałem kierunek na busa, w którym powinni już siedzieć moi kumple z drużyny, jednakże pojazdu nie było już na parkingu.
Zostawili mnie.
Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?

XDXDXD

- Gdzieś ty się podziewałeś? - Rzucił z przekąsem Freund, gdy tylko wszedłem do jego pokoju cały oblany potem. Spacer ze skoczni do hotelu był koszmarny. Musiałem pokonać dobrych kilka kilometrów w mocnych opadach śniegu, z wiatrem wiejącym mi twarz i w zasłonie wstydu, jaka mnie spowiła. Oraz z własnymi myślami.
Przede wszystkim z własnymi myślami.
Dawno nie byłem takim hejterem siebie jak w tym momencie.
- Cóż, trzeba była nie zapominać o mnie i chwilę poczekać, aż przyczłapię się do busa. - Warknąłem z przekąsem, opadając na krzesło.
Nie dość, że superlaska daje ci kosza, to jeszcze twoi """przyjaciele""" o tobie zapominają. Nie ma co, milusio w chuj.
Oj.
Severin machnął lekceważąco ręką.
- Dajże spokój. Tak długo cię nie było, że myśleliśmy, że znalazłeś nowych wyznawców i odprawiałeś jakieś nabożeństwo. Ale... - Rudy zawiesił głos, by zbudować napięcie. - Wellinga pisze dla ciebie hymn i idzie mu rewelacyjnie!
- Och, super. - Mruknąłem bez przekonania, nawet nie spoglądając w kierunku kąta, w którym siedział pochłonięty tworzeniem Andreas. Jakoś nie potrafiłem skupić się na tym, co ważne, bo moje myśli wciąż krążyły wokół tego tematu, wokół którego krążyć nie powinny.
Świętu Walterku, czymże sobie na to zasłużyłem? Miałem takie proste życie wyłącznie poświęcone skokom i XD, a teraz? Teraz nie umiem przestać myśleć o Ines, wspominać jej ironicznego uśmiechu i pięknych, szarych oczu przepełnionych złośliwością.
Dlaczego akurat ona? Dlaczego akurat teraz?
- Richie, co się stało? - Twarz Severina już nie wyglądała na taką szczęśliwą, jak jeszcze chwilę temu. Teraz skoczek był zdezorientowany i zmartwiony. Nerwowo, raz po raz przeczesywał swoje rudo-blond włosy, patrząc na mnie zaniepokojonym wzrokiem.
Westchnąłem głośno, próbując zebrać myśli. Nie wiem, czy powinien być szczery. Ale to moi przyjaciele, komu, jak nie im, mam się zwierzyć?
- Zakochałem się. - Przyznałem z rozpaczą w głosie. W końcu zrozumiałem to oszalałe bicie serce i tą chęć zaimponowania Ines. - W Austriaczce, która pracuje dla teamu Austrii. - Dodałem ponuro.
Zapadła cisza. Nawet Wellinga przerwał pisanie.
- Dlaczego to musiała przytrafić się akurat mnie? - Biadoliłem, zakrywając twarz dłońmi. Naprawdę nie było mi do śmiechu. Chciałem zapaść się pod ziemię, zarówno dlatego, że poczułem coś do wroga, jak i dlatego, że jednocześnie spieprzyłem wszystko po całości.
Właściwie spieprzyłem wszystko, zanim cokolwiek się zaczęło.
To takie... typowe.
Chyba nie jestem królem. Chyba jestem przegrywem.
- Richie... Jesteście trochę jak Romeo i Julia. - Rzekł Wellinga, odkładając no bok gęsie pióro. - To całkiem romantyczne. I pamiętaj, że na końcu wygra prawdziwa miłość.
- Czyli, że się zabiję?
- Eeee... No nie. - Wellinga nie wyglądał na przekonanego.
Ganz egal, Ines i tak mnie nie pokocha, nie będzie żadnej miłości ani romansu stulecia. Bo jestem burakiem.
Jezu.
- Richard, co zrobiłeś? - Severin zrobił surową minę. Przejrzał mnie na wylot, w końcu był moim najlepszym przyjacielem, mimo że układało się między nami różnie.
Próbowałem wyglądać na niewinnego, ale nie miałem sił, by wykrzywić twarz w sztucznym grymasie. Może i w obecności Ines nie zachowałem się jak należy, ale teraz nie będę się wymigiwać od niczego.
Zarumieniłem się po koniuszki włosów.
- Rzuciłem tekstem jak Wank.
Chłopcy wyglądali na przerażonych.
- Że co zrobiłeś? - Wydukał zszokowany Severin. Jego oczy wyglądały jak spodki. - Czyś ty do reszty oszalał?
Wzruszyłem ramionami.
- To i tak bez znaczenia.
- Czyli, że rezygnujesz tylko dlatego, że ona jest Austriaczką?
- No tak. To nie wypali.
- Ale mówiłeś, że się w niej zakochałeś. - Wellinga podrapał się po głowie. Biedny, już zgubił się w toku mojego rozumowania. A niby chciał napisać godny dla XDeizmu hymn.
Wyprostowałem się, podejmując decyzję, której miałem zamiar twardo się trzymać. Żadna Austriaczka nie będzie mi mieszać w głowie.
- Tak szybko jak się zakochałem, się odkocham.
Będę zimny i bezuczuciowy. Będę taki, jak wyobraża sobie Ines. Nie chcę żadnych miłości, bo to wiąże się tylko z dramami i cierpieniem. Lepiej nikogo, oprócz siebie, nie kochać.
Tak, będę kochać siebie i XD, nikogo więcej. Nie obdarzę miłością byle Austriaczki. No szanujmy się.
- Welli, jak mój hymn? - Zagadnąłem młodego, zmieniając temat na coś ważniejszego.
XDeizm to teraz mój priorytet.
Zaraz po - oczywiście - zostaniu mistrzem świata w lotach.


XDXDXDXDXDXD

Co prawda chciałam poczekać z publikacją rozdziału do urodzin pewnego chorego pojebusa, ale stwierdziłam, że i tak kazałam Wam długo czekać, więc ten tydzień sobie już daruję. Wszystkiego najlepszego dla niego i tak dalej, a dla Was sorki za ten czas nieobecności, ale były rzeczy ważniejsze, niestety :(
KC Was bardzo mocno, mam nadzieję, że wiecie!
<3

2 komentarze:

  1. Kamuś, jak ja tęskniłam… chyba z cztery miesiące nie pisałam nic. A tu takie dzieło do skomentowania się trafiło na początek. No ale i XD i do przodu.
    Muszę przyznać, że jestem w szoku i ciężko mi się otrząsnąć po tak traumatycznej informacji jak ta, że Ricz nie jest nieomylny. Naprawdę nie wiem czy dam radę się z tym pogodzić. Chyba muszę to jak najszybciej wyprzeć z pamięci i nadal wierzyć, że Ricz jest więcej niż idealny.
    W sumie na jego wadę można przymknąć oko. Niewielu ludzi potrafi rymować z sensem, więc niech Ricz nie czuje się jak frajer.
    Swoją drogą, czemu akurat Wank został przez Ricza uznany za frajera? W niemieckiej kadrze jest kilku takich, co bardziej by do tego miana pasowały.
    Ricz za to nawija już jak typowy guru, wizjoner czy jakiś nawalony filozof. Przynajmniej przez chwilę, zanim przechodzi w młodzieżowy slang. W końcu papież powinien łączyć pokolenia.
    Próbowałam sobie wyobrazić Ricza bez brwi i cóż - nie wyszło XD
    Ten jego hymn brzmi bardziej jak litania błagalna do dawcy rozumu, ale przecież nikt nie powiedział, że on musi sam tworzyć. W końcu po coś stworzono Wellingę.
    Sevi… został nawrócony. O dzięki Ci XD. W końcu jakiś rozsądny wyznawca.
    Bo papież to naprawdę powinien błagać o rozum. Pomylił Szekspira z tym tanim tekstem? A potem się dziwi, że się go dopisuje do Norwegów. Albo odjeżdża bez niego do hotelu.
    Ciekawe jak Riczowi pójdzie to odkochiwanie. Nie wątpię w jego miłość do samego siebie ani w jego miłość do XD, ale skoro zachowuje się bardziej debilnie niż zazwyczaj, to chyba jest serio zakochany, biedaczek.
    No i cóż, z okazji zbliżających się urodzin naszego głąba życzę sobie i Tobie, żeby w końcu odbił się od buli i nadal inspirował Cię do spisywania jego dziejów.
    Kocham całym xdeowskim serduszkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kaaaaaaaaaaaaaaaam, KAAAAAAAAAAA CEEEEEE! Rajku, no bo jak Ciebie nie KC, kiedy tworzysz takie cudeńko, które w 100% rzuca na mózg czytelnika, a ten z kolei nie potrafi potem normalnie patrzeć na Niemiaszków z Riczem i Wellingą na czele? Serio, boję się jeździć na skoki, bo to wiążę się z obawą, że w każdym momencie można wpaść na papieża lub na Wertera XXI wieku (choć w tym drugim przypadku nie ma żadnych obaw, w końcu mąż!) i zacząć się im śmiać prosto w ryła. A to byłoby niezbyt grzeczne, co pewnie kłóci się z ideą XDizmu.
    W ogóle całe to XD... XDDDDDDDD
    No cóż, nie można być ideałem, choć myślę, że jedna, niewielka wada nie robi wielkiej krzywdy wizerunkowi Ricza, a wiadomo, że jego wizerunek jest pure. No, może nie w oczach pewnej Austriaczki, ale o tym zaraz. Ricz nie potrafi rymować, ech, wielkie rzeczy! Bo od rymu w tej kadrze jest tylko jedna osoba i to jej pozostawmy tę sztukę, bo sprawuje się w niej wybornie. Każdy powód by kochać Wellingę jest dobry, cnie Ems? Alealeale! Wellinga się postara i napisze! Hymn będzie taki piękny, że niemiecki odpowiedni Edzi Górniak będzie chciał go zaśpiewać podczas przyszłorocznego mundialu! Bo to raczej pewne, że XDeizm rozrośnie się na cały kraj niemiecki i przejmie nad nim kontrolę. Rajeńki, czytanie tego opowiadania rzuca na mózg.
    Anyway, Ines nie ugina się pod urokiem Ricza, nie ma co się dziwić, ale myślę, że jeszcze dostrzeże, że gdzieś tam, pod tymi brwiami i niezbyt urokliwym szczękościskiem jest dobre serduszko! Tylko najpierw musi zadziałać na nią zagrywka na totalnego chama. Wierzę, że przyniesie to skutki, których Riczard na chwilę obecną nie chcę. GDYŻ (i tu dzielę się moim ulubionym cytatem z całego rodziału) LEPIEJ NIKOGO, OPRÓCZ SIEBIE, NIE KOCHAĆ. Amen!

    A tak poza tym, to kocham, wielbię, czytam, śmieję się i totalnie wyluzowuję się przy Psycholach. Kam, jesteś najlepsza! <3

    OdpowiedzUsuń